Wyprawa na słońce
Wyobraź sobie, że siedzisz wieczorem przy laptopie nad czasochłonnym projektem. Nagle słyszysz eksplozję pobliskiego transformatora, a za oknem dostrzegasz strumienie iskier sypiące się z płonących lin wysokiego napięcia. Po chwili jest to jedyne bliskie ci źródło światła, bo twoje mieszkanie pogrążyło się w mroku. Nie jesteś nawet w stanie przetworzyć tego co się stało, bo zbyt zdumiewa cię majestatyczna
zorza polarna, która pierwszy raz w historii pojawiła się w twoim regionie, dodając jedynie absurdalności otaczającemu cię chaosowi. Gdy się otrząśniesz, nie jesteś w stanie sprawdzić wiadomości ani skontaktować się z bliskimi, bo Internet i światowa komunikacja wysiadły. Brzmi jak początek filmu o apokalipsie, prawda? Jednakże taka sytuacja była jak najbardziej możliwa, zanim naukowcy z NASA postanowili podjąć działania, by nas przed nią uchronić.
Opisane przezemnie zjawisko jest nazywane burzą geomagnetyczną. Stanowi wynik bombardowania Ziemi przez cząsteczki i promieniowanie pochodzące z burz słonecznych, kompletnie destabilizujących pole elektromagnetyczne naszej planety. To właśnie nasza gwiazda, której zawdzięczamy istnienie życia na naszej planecie, byłaby w stanie zgotować nam taki los.
Właściwie, reprezentowane przez egipskiego boga Ra ciało niebieskie dokonało już raz tego niszczycielskiego aktu – w 1859 roku, pewien astronom nazwiskiem Carrington, zaobserował największy znany historii rozbłysk słoneczny – 18 godzin później, w Australii i na Kubie można było dostrzec zorze polarną, sieci telegraficzne stawały w płomieniach a kompasy przestały wskazywać północ. Była to druga połowa XIX wieku – współcześnie naszą zależność od technologii i energii elektrycznej można by bezpiecznie uznać za stokroć większa.
Nie potrzeba analitycznego umysłu do wyobrażenia sobie chaosu wynikającego z tak potężnego rozbłysku słonecznego, który nazwano by kolejnym „zdarzeniem Carringtona” – brak komunikacji, energii, ogrzewania i GPS doprowadziłby niechybnie do miliardów dolarów strat, niepokojów społecznych, paniki i śmierci ludzi. W bezpośrednim zagrożeniu życiu znajdowaliby się astronauci, nieochraniani przez atmosferę przed promieniowaniem jak reszta ludzkości. Na szczęście, ich koledzy z Ziemi też pracujący dla NASA znaleźli rozwiązanie minimalizujące ryzyko zaskoczenia nas przez potężne rozbłyski słoneczne.
Wysłanie pierwszej sondy kosmicznej w 2018 roku do zbadania korony słonecznej, najbardziej zewnętrznej części najbliższej nam gwiazdy, stanowiło efekt współpracy naukowców z całego świata, dekad ich pracy, półtorej miliarda dolarów oraz ogromnej ilości paliwa rakietowego i podobną ilość skomplikowanych obliczeń. Oficjalna nazwa tego bezzałogowego statku kosmicznego brzmi „Parker Solar Probe”, na cześć Eugeniusza Parkera. To on odkrył zjawisko wiatru słonecznego – strumieni cząsteczek i promieniowania emitowanych ze Słońca, czyli przyczynę obaw o bezpieczeństwo naszego ukochanego Internetu.
Można się domyślić, że wysłanie urządzenia pomiarowego wielkości samochodu na odległość 150 milionów kilometrów w kosmos musi być wyzwaniem. Sprawy nie ułatwia konieczność skonstruowania go tak, by skomplikowane, specjalistyczne przewody elektryczne działały bez zarzutów w środowisku, które jest w stanie podgrzać je do temperatury 1500 stopni Celcjusza. Naukowcy z NASA, jak to w końcu naukowcy, zdołali dokonać czegoś, co długo wydawało się niemożliwe. Motywowani przez pasję godną ich profesji, wynajdywali nowe rozwiązania techniczne by zebrać informacje o tym, co główni naukowcy amerykańskiej agencji kosmicznej pragnęli zbadać od lat pięćdziesiątych.
Przykładem może być dzieło inżynierki, która poświęciła 10 lat życia by opracować zamocowaną z przodu sondy tarczę, nazwaną przez jej twórczynię pieszczotliwie „frisbee”. Ta gruba na 13 cm specjalistyczna blacha umożliwiła funkcjonowanie urządzeniom pomiarowym, chroniąc je przed gorącym powitaniem naszej kuli gazowej, o powierzchni rozgrzanej do około 6000 stopni Celcjusza. Naukowcy z NASA upakowali za tą tarczą aparatury do mierzenia promieniowania, emitowanych cząsteczek, anteny do pomiaru pola elektrycznego, kamerę do pozyskania obrazu korony słonecznej i jeszcze inne sprzęty – wszystkie te urządzenia miały dostarczyć informacji zwiększających wiedzę naszego gatunku o Słońcu, a także pozwolić nam przewidywać skutki rozbłysków słonecznych i ich wystepowanie.
Obecnie funkcjonuje w NASA wydział monitorujący „kosmiczną pogodę”. Utrzymują oni stały kontakt z astronautami na orbicie, gotowi ostrzec ich przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Ich praca chroni także nas, gdyż wystarczająco wczesne wyłączenie sieci elektrycznej może uratować infrastrukturę energetyczną przed samozapłonem. Innymi słowy, zamiast przez miesiące nie mieć dostępu do prądu, dzięki ostrzeżeniu ludzi z NASA nie mielibyśmy go przez kilka dni.
Na zakończenie, chciałabym podzielić się satysfakcją wywołaną tym, że są na Ziemi ludzie, którzy podejmują działania by chronić nas od obudzenia się w pozbawionej prądu dystopii zmuszającej nas do walk o ostatniego funkcjonującego powerbanka a równocześnie przybliżają nasz gatunek do osiagania wielkich rzeczy, jak poznawanie tajemnic kosmosu.
Izabela Foksińska
Komentarze
Prześlij komentarz